czwartek, 22 lutego 2018

Wściekła instrukcja obsługi... ŁAŃCUSZKA

Właśnie przed chwilą dowiedziałam się, że jestem „bez serca”, „mam serce z kamienia”, i „serce zimne jak stal” - skąd te liczne diagnozy kardiologiczne, tak o jednego dnia... Czyżbym wreszcie poszła do lekarza, co powinnam dawno już uczynić?

Otóż nie, lekarzy nadal omijam szerokim łukiem, za to oni jakoś nie omijają mnie. No tak, gdzie takie zacne grono znajdę codziennie i to bezpłatnie? Oczywiście na FB.

Jakim cudem? No właśnie nie wiem, mam ostatnio wysyp, czy wylew ( znów to paskudne lekarskie określenie) debilizmu...

Co się robi z czymś takim?
No oczywiście rozsyła się jako łańcuszek.

I tak kilkanaście razy w ciągu dnia ktoś prosi mnie o udostępnienie, rozesłanie, przesłanie, wysłanie, bo... TADAM – jestem SUKĄ bez serca, to znaczy będę jeżeli tego nie zrobię, ja jednak tak sobie myślę, że wolę być bez serca niż bez mózgu i oczywiście sprawdzam wszystkie te wiadomości i co widzę?

Widzę, że albo ludzie nie umieją wyszukać wiadomości w googielku – a wszystko tam jest i WSZYSTKIE łańcuszki też, albo oni robią to specjalnie... 

No, jest trzecia opcja. Oni nie wiedzą, że to coś to łańcuszek.
To może tak.
Jeżeli:
Jest dziecko z imieniem, ale BEZ nazwiska, BEZ nazwy miasta, BEZ numeru konta to coś jest nie tak.

Dziecko ma zdjęcie, ale to zdjęcie czasem wcale nie jest zdjęciem tego dziecka, a zupełnie innego...

Jeżeli tekst obiecuje, że ktoś lub coś wpłaci ileś tam groszy za udostępnienie... ( ciekawe jak policzy hę??? szczególnie te wysłane z prywatnych kont pocztowych – włamie się na nie?) lub za lajki to coś jest BARDZO nie tak! NIKT za to NIKOMU nie PŁACI, a najmniej FACEBOOK, zresztą nie wiadomo kto ma płacić.
Wiadomo tylko, że rodzice DOSTANĄ... I to też jest dziwne, bo jak? Przecież dziecko jest bez nazwiska więc skąd wiadomo, że to akurat to, a nie inne???...

Udostępnianie ma sens jeżeli jest konto, albo choć adres kontaktowy, wtedy może jakiś arabski szejk, albo irańska księżniczka zlitować się i zapłacić za leczenie, ale jeżeli nie ma adresu to, ja przepraszam, jak?


No i DATA, DATA jest WAŻNA. Jeżeli nie ma jej, albo mamy tekst w stylu „kilka dni temu” albo „wczoraj wieczorem” to naprawdę możecie być pewni, że to jakiś przekręt, albo, że przesyłacie łańcuszek krążący w sieci od lat... Co wkurza jeszcze bardziej.

No, a już grożenie ludziom, obrażanie ich, zmuszanie do czegokolwiek i wyzywanie od wrednych suk jeżeli czegoś nie zrobią nie jest WCALE zabawne. To jest niemoralne i... czasami ( w zależności od słów) bywa karalne...
Tak więc:

NIE WYSYŁAĆ MI ŁAŃCUSZKÓW BO BĘDĘ GRYZŁA I KOPAŁA!

 

Chcecie udostępniać na własnych ścianach - wasza sprawa, ale NIE TYKAJCIE MOJEJ POCZTY!!!! 
NIE ZGADZAM SIĘ  na to! To moje narzędzie pracy, a nie miejsce na głupoty!
Są szkodliwe!
Szkodzą ludziom naprawdę potrzebującym, stępiają wrażliwość i robią bezsensowne zamieszanie w sieci.



poniedziałek, 19 lutego 2018

O profesorze słów kilka...

 Julia Kalęba

PREZES SEKCJI GENIUSZY

Bardzo trudno recenzuje się – czy też jak kto woli pisze się opinię o książkach, które są zbiorami anegdot, bo, co oczywiste, choć mają treść i to bardzo ciekawą, nie posiadają akcji jako takiej, bo akcja w zamknięta jest w każdej anegdocie jak w mydlanej bańce, a przecież nie jest zadaniem recenzenta streszczanie( a wręcz przeciwnie, nie jest w recenzji ani dobre, ani mile widziane) czegokolwiek, a już tym bardziej opowiadanie, czy przytaczanie zawartych w publikacji anegdot.

Nie. To już dziedzina, w którą czytelnik wkroczyć musi sam. Nie można mu tej przyjemności odbierać.

Ponieważ jednak książka mimo, iż zatytułowana jest „Prezes Sekcji Geniuszy” ma też drugi tytuł, lub jak kto woli podtytuł,: „Portret Jerzego Vetulaniego”, trzeba odrobinę przybliżyć jej bohatera. Publikacja ta dotyczy anegdot zaczerpniętych z życia wspaniałego człowieka i genialnego neurobiologa oraz jednego z największych polskich uczonych naszych czasów, ale też człowieka, w którym był więcej niż obraz świata, więcej niż jeden geniusz, a także więcej niż jeden talent. Nie był ponurym, smętnym, nudnym naukowcem, Wyraźnie pokazywał, że można być naukowcem bez bycia smętnym i nudnym. Interesował się światem, a nie tylko swoją dziedziną, czuł się człowiekiem kultury, myślicielem, ale też zwykłym zjadaczem chleba i przyjacielem.

Tył okładki określa go takimi słowami jak: PROFESOR, ŁOBUZ, MĘDRZEC, BŁAZEN, GENIUSZ.

Prawda, że trudno sobie wyobrazić te wszystkie określenia razem i znaleźć kogoś do kogo by pasowały?

Tytuł zbioru anegdot, o którym mowa odnosi się do jednej z przytoczonych tu dowcipnych historyjek. Kiedy to od Piotra Skrzyneckiego w Piwnicy pod Baranami, gdzie jak twierdzą niektórzy w tym Wikipedia Vetulani bardzo się udzielał, w połowie lat 50 władza zażądała by podzielić pracujących tam artystów na sekcje, powstała wówczas między innymi Sekcja Zwłok i Sekcja Geniuszy, do której Vetulani wpisał także i siebie, twierdząc, że jest geniuszem, co rzeczywiście było prawdą.

Z książki dowiemy się jak profesor ratował koty, które były kupowane po to by na nich potem prowadzone były doświadczenia, jak potrafił bawić wszystkich, ale też równie często wszystkich wkurzać. Cenił ludzi nieposłusznych, ale myślących bardziej niż grzecznych i potulnych. Uważał, że w Polsce uczenie typu szkolnego w bardzo niewielkim stopniu ( o ile w ogóle) rozwija mózg, bo szkoła uczy posłuszeństwa i rozwiązywania testów, a życie w ogóle na tym nie polega.
 
Jego podejście do marihuany ukazane w książce „A w konopiach strach” książce – wywiadzie przeprowadzonym z profesorem Vetulanim przez Marię Mazurek zawsze było szczególne i wiele anegdot tego podejścia dotyczy, tak jak i samego wywiadu.

Profesor jako jedyny wspierał swoim nazwiskiem i autorytetem legalizację marihuany i działania stowarzyszenia Wolne Konopie.

Był bezkompromisowy i odważny.

Mówił, że nosi legginsy zamiast kalesonów, bo woli „wyglądać jak podstarzały paź niż umierający starzec”.( n 139)

Był osobą bardzo pozytywnie nastawioną do ludzi, dlatego też jak sądził odniósł sukces był też bardzo pracowity i ciekawy świata.

Zbiór anegdot poświęconych profesorowi Jerzemu Vetulaniemu opracowany został na podstawie wielu publikacji, których spis znajdziemy na ostatnich stronach książki.

W opowieściach o profesorze przewijają się wielcy naukowcy, ale też wielcy artyści, ludzie z pierwszych stron gazet, jak choćby papież Jan Paweł II, ale też pieśniarze jak Leszek Długosz oraz ludzie nauki.

Eksperyment z bombą jajeczną ...


Jak już się bombę ( jajeczną) dostało z dalekich, dalekich krajów ( w tym momencie moja mama zawsze dodaje daloko, daloko gdzie kaczajut tumany, a moja córka oświadcza, że tumany to koczują wszędzie) to trzeba ją wypróbować. 

Ja dostałam od Alicji ( kto wie, ten wie) takie dwie bomby, jedną nieco bardziej niebezpiecznie zębatą, która także obcina kiwi – ale nie jest do tego przeznaczona...

To tylko moja natura.
Zawsze usiłuję kombinować...

Otóż oświadczam, że jest to wynalazek wszech czasów, idealne, cudne, wspaniałe ustrojstwo bez którego nie wyobrażam sobie życia.

Inna sprawa, że ta bomba z kulką życie ułatwia niesamowicie!

Jajko jest tak wspaniale odcięte ( to znaczy skorupka), że szok!

Nie trzeba się obawiać, że kawałki skorupki wpadną do środka, że będą chrzęścić w zębach, że choćby zniechęcą dziecko do jedzenia jajka.
Idealna do jajek na miękko, półtwardo i twardo.


Bomba zębata, choć sadziłam, że gorsza jest równie genialna. JEST co dziwne OSTRA i odcina skorupki zamiast je miażdżyć.
Bardzo polecam !

A na dodatek zabawa przednia i wyobraźnia ma też wielkie pole do popisu.

Mnie udało się zdobić dzięki tej z kulką statek kosmiczny z jajka oraz planetę z pierścieniami jajecznymi :)
Wspaniałe.

Dostałam to od przyjaciółki, nie od żadnej firmy, więc tego... możecie być pewni mojego polecenia na 100%


czwartek, 15 lutego 2018

Kleszcz księgarniany potrzebny od zaraz...


Nie wiem jak to się nazywa, ani czy istnieje taka jednostka chorobowa, albo fobia, ale się boję.... sprzedawców. 


Tak, właśnie sprzedawców wszelkiej maści i wszelkiego typu, i wcale nie chodzi o te porządnie straszne peerelowskie sprzedawczynie z mięsnego, które jak rzuciły mięso na ladę i mięsem za mięsem, to aż uszy puchły, ale człowiek wiedział, że żyje.
I wcale nie chodzi o te porządnie wredne sprzedawczynie w sklepie ogrodniczym, gdzie czasami pojawiały się rajstopy, a dwa razy w roku plastry na odciski. Każdy cenił te kobiety, które warczały swojsko w stylu:
- Berze czy nie? Ludzie czekajom! - a groźba pobrzmiewająca w ich głosach budziła miły dreszczyk emocji i ożywienie w kolejce.
Tamte jakoś mnie nie przerażały, ja boje się tych obecnych, współczesnych sprzedawców. Bo w tej chwili wykształcił się u nas specyficzny rodzaj pracownika sklepowego – sprzedawca kleszcz.
Taki jak się przyczepi to nie opuści klienta nawet na chwilę. Będzie zagadywał, warował pod przebieralnią, proponowała kolejne towary, równocześnie patrząc wrogo w kierunku twojej torebki, jakby mówił „wyciągaj portfel albo nie udawaj, że chcesz coś kupić, pewnie i tak cię nie stać”.
Najgorsze są sklepy z ciuchami, ale w aptekach też bywa paskudnie.
- Może maść na pryszcze? Coś na porost włosów? Na siwienie, łysienie, drętwienie...
Uciekam z takich miejsc, ale... No po prostu czasami muszę robić jakieś zakupy. W marketach jest o wiele lepiej, one gwarantują święty spokój o ile nie robią jakiegoś cyrku z hostessami, które biegają za klientami z nabitymi na patyczki kawałkami zeschłych bułek i zwiędłych wędlin.
W każdym razie sprzedawca kleszcz obecny jest wszędzie. Zna towar, wie co gdzie jest, zanim zdążysz się odezwać oceni rozmiar buta, ilość centymetrów w pasie i zawartość portfela.
Jedynym jednak miejscem gdzie kleszcz by się przydał, a jakoś się nie umie zadomowić są księgarnie.
Miło by było, gdyby od razu od wejścia ktoś z inteligentnym uśmiechem wskazywał odpowiednią półkę, oceniwszy swoim księgarskim zmysłem, że dziś mamy chandrę, a na chandrę tylko Rudnicka, albo Rogoziński. Gdyby taki kleszcz zobaczył, że mamy mord w oczach szybko podsunąłby ostatniego Mroza, albo Lackberg, a gdyby oczy klientki świeciły miłością zza różowej mgiełki skierowałby ją wprost do działu z Mastertonem i Kingiem ( tak dla otrzeźwienia). Niestety to tylko marzenia...
Jakiś czas temu byłam w pewnym sklepie ksiegarniopodobnym ( takie też istnieją).
- Szukam dramatu „W małym dworku”.
- Kto to napisał?
- Witkiewicz.
Pani pogrzebała w swoim komputerku.
- Mieliśmy tylko „Czereśnie” - odparła – ale teraz nie ma.
- Ale to nie jego...
- Jak to nie jego? Witkiewicz zmieniła płeć? - dziewczynie oczy wyraźnie zaświeciły pudelkową radością. Szybko ją uspokoiłam i niestety rozczarowałam.
- Nie, to napisał Stanisław Ignacy Witkiewicz. Witkacy, facet – dodałam, dla pewności.
- No i widzi pani? Ludzie są beznadziejni, a już ci pisarze to szok! Jak tylko babka zrobiła karierę, to każdy się chce bujać na jej nazwisku.
- Ale on to napisał sto lat temu!
- Każdy może tak powiedzieć! Sto lat temu? To dlaczego wydał dopiero teraz? Ha?
I tak, wychodząc, ze sklepu ( księgarniopodobnego) i z szoku pomyślałam, że po raz pierwszy w życiu tęsknię za sprzedawcą kleszczem.
Życie czasami bywa nieprzewidywalne.


wtorek, 13 lutego 2018

Chńska bomba jajeczna...

Zapanowała u nas nowa... listonoszka, bo pani Zofia, którą znam od dwunastu lat rozchorowała się, po raz pierwszy na tak długo... I co mam powiedzieć, zmiany, zmiany, zmiany... 

Pani Zofia zawsze starała się jak mogła, pomóc, donieść ( nawet jeżeli nie był to polecony i ważył 3 kilo), ale znów powtarzam, do dobrego łatwo przywyknąć, a do niektórych zmian niestety bardzo trudno, od choćby do takiej, że w skrzynce jest awizo, choć... trzy osoby siedziały plackiem w domu.

( Pani Zofio, niech pani szybko wraca do zdrowia!)

Niestety takie czasy. Wiadomo. Awizowana paczka była ciężka. Naprawdę! Ważyła całe czternaście deko i miała gabaryty no,  w sumie kosmiczne jakieś 17 cm na 3. Rozumiem, że tej nowej ( i młodej listonoszce) musiało to bardzo przeszkadzać.

Poszłam więc z samego rana na pocztę. Oczywiście trafiłam na przerwę, ale to nie jest wina poczty, ja tak zawsze... Jak tylko jakieś biuro, urząd, czy placówka dowiaduje się, że idę natychmiast ogłasza przerwę. 

Wyczekałam więc te pół godziny – drugie okienko było czynne, ale przede mną dwadzieścia osób, jedna ze stosem listów i jakąś książką do wpisywania, inna z sześcioma rachunkami i trzema koleżankami
( które, wiecie panie wcześniej tu stały i każda miała szesnaście rachunków, pięć poleconych i ochotę na „jakąś ciekawą książkę kucharską siostry Anastazji, ale nie tę, i tę też nie, o może tamtą... Nie, też nie...)

Przetrwałam. Doszłam do okienka. Dostałam do reki tego giganta, którego nie mogła dostarczyć listonoszka.

I paczka, choć można by nazwać ją „paczunią” przyszła z Chin! Były tam na niej chińskie „krzaczki” więc pewnie zawierała jakieś zarazki, albo co? Może dlatego pani bała się jej tknąć?

W „macaniu” nie przypominała bomby, ale czy ja wiem jak w „macaniu” zachowują się bomby? Zwłaszcza chińskie?

Okazało się, że to „jajecznica” - ja tak to nazywam, takie coś do obcinania jaj... ( bez podtekstów – kurzych, kurzych) na miękko, od mojej kochanej Alicji.
No i teraz będę eksperymentować...

Pociąga się tę kulkę do góry, a potem łup w dół i to ma zadziałać.

Zdjęcie zrobiłam na „kurzym eksponacie surowym” za kulkę nie odważyłam się pociągnąć zwłaszcza, że eksperyment odbywał się przy komputerze, a jajka sadzone na klawiaturze to nie moja specjalność.

Pani Zofii, życzę szybkiego powrotu do zdrowia, bo bez niej oszaleję!







Znianawidzina i kochana...

Są tacy, którzy tę książkę lubią, są tacy, którzy odsądzają mnie za nią od czci i wiary, choć nie ma niej ani odrobiny seksu...
Recenzja, stara ale dla mnie właściwie nowa.


 PANI M

Zamknijcie psy i dzieci w pokoju, odłóżcie ostre przedmioty na bok. Nic nie pijcie i nie jedzcie, chyba, że chcecie opluć wszystko dookoła. Jesień za oknem, więc trzeba doładować swoje akumulatorki. Dziś będziemy się śmiać. Głośno i do rozpuku. Gotowi na Klątwę utopców?
Dagmara przez kilka dni musi zająć się swoim dziadkiem. Pomyślicie sobie, pikuś. Pogra z nim w karty, obejrzy parę seriali, zrobi mu coś do jedzenia, zabawi rozmową i wróci do domu zadowolona, że pomogła starszemu panu. Nic bardziej mylnego. Dziadek Dagi to specyficzny człowiek i za jego sprawą dziewczyna spędzi wakacje w zrujnowanym szpitalu psychiatrycznym na Roztoczu. Wszystko byłoby dobrze, w końcu sąsiedzi byli mili, gdyby nie to, że ktoś postanowił wymordować pół wioski. Na domiar złego okazuje się, że Dagmara może mieć z tym wszystkim coś wspólnego. Wygląda na to, że i ją dopadła słynna w tym miejscu klątwa utopców.
Nie znałam wcześniej nazwiska autorki. Nic mi ono nie mówiło i sięgnęłam po książkę w ciemno. Nieco obawiałam się tego, że specyficzny humor nie przypadnie mi do gustu. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne. Mój egzemplarz książki nieco ucierpiał, gdy kilka razy poplułam go ze śmiechu. Nie wspomnę już o tym ile nakapało na niego łez podczas nagłych ataków, jak to mówi moja mama, chichrawki.
W książce króluje czarny humor. Autorka wyśmiewa pewne utarte stereotypy i robi to w naprawdę mistrzowski sposób. Nie ma tu ani krzty przesady, za co należy się jej głęboki ukłon z mojej strony. Klątwa utopców sprawiła, że za moim oknem na chwilę znów zaświeciło słońce. Dawno nie czytałam tak dobrej komedii kryminalnej z wyraźnie wykreowanymi postaciami. Dziadek Dagi po prostu rozwala system. Sama główna bohaterka też niewiele mu ustępuje i raczej trudno się z nią nudzić. Zastanawia mnie tylko to, co widziała w swoim narzeczonym, Filipie. Ja nie wytrzymałabym z nim ani jednego dnia i kopnęłabym go w siedzenie, otwierając drzwi, żeby szybciej przez nie wyleciał.
Jesteście ciekawi, kto postanowił wybić pół wioski? Ja też byłam. Autorka nie pozwoliła mi od razu odkryć tego, kim jest morderca. Nie potrafiłam odgadnąć kto stoi za tą krwawą jatką. I bardzo dobrze. Inaczej nie miałabym takiej przyjemności z czytania. Wolę być trzymana w niepewności, nie lubię, gdy wszystko jest od razu podane na tacy. Wtedy nie ciągnie mnie do lektury.
Klątwa utopców to moje pierwsze spotkanie z twórczością Iwony Banach. Bardzo udane. Mam nadzieję, że ta autorka zaserwuje czytelnikom jeszcze kiedyś jakąś powieść. Jeśli będzie podobna do tej – na pewno po nią sięgnę.
Polecam tę książkę fanom dobrego czarnego humoru. Odradzam tylko czytanie jej w środkach komunikacji publicznej. Uwierzcie mi, współpasażerowie nie patrzą się zbyt przychylnym okiem na osobę, która siedzi obok nich i dusi się ze śmiechu. Wiem to z własnego doświadczenia. Pozdrawiam przy okazji pewną starszą panią obrzucającą mnie zawistnym spojrzeniem, gdy starałam się zdusić chichot. To nie było zbyt miłe, że ostentacyjnie ciężko westchnęła i przesiadła się na inne miejsce, ale co tam. Przynajmniej dalej mogłam siedzieć nad książką i zaśmiewać się do łez. Dziękuję autorce za tę powieść. Oby więcej takich pozycji pojawiało się na naszym rynku wydawniczym.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Trochę tak, a trochę jednak nie...

IRENEUSZ CZESŁAW GLIŃSKI

WAUTYZMWZIĘCI

Tytuł „Wautyzmwzięci” zaintrygował mnie brzmieniem i odrobinę też swoja dwuznacznością. Taką na pograniczu zachwytu i uwięzienia co do autyzmu bardzo pasuje, szczególnie kiedy na to zaburzenie patrzeć z zewnątrz.

Dlatego też postanowiłam tę książkę przeczytać.

Autyzm to coś, co znam -  zaważył na moim życiu bardzo mocno, tak więc wiem o czym mowa. Rozumiem o czym pisze autor. Przeżyłam połowę tego, co o czym mowa w tej powieści. Połowę, bo nie każda osoba z autyzmem jest taka sama, ponadto nie wszystkie objawy są identyczne...

Z ciekawością więc zabrałam się do czytania tym bardziej, że autor sam doświadczył życia z autystycznym dzieckiem, a więc może nie jest „specjalistą”, (specjaliści od życia z osobami z autyzmem po prostu nie istnieją), ale jest jednak osobą, która doświadczyła tego o czym pisze, a to przecież ważne.

Ta książka to opowieść o opowieści. Dokładnie tak. Autor opowiada o tym, jak dwóch współlokatorów z turnusu rehabilitacyjnego rozmawia o autyzmie. Rozmowa rozciągnięta jest na kolejne wieczory i przeplatana zdarzeniami życia codziennego w uzdrowisku i dotyczy objawów, leczenia i wszelkich aspektów życia rodzica autystycznego dziecka, oraz samego życia z takim dzieckiem, nastolatkiem, a potem dorosłym człowiekiem.

Wszystko o czym opowiada autor jest prawdą, chodzi mi o to co dotyczy autyzmu, bo nie będę się odnosić do kwestii wiary. Wiara to sprawa intymna i każdy przeżywa ją inaczej.

Poznajemy więc dwóch mężczyzn, jeden z nich żyje od 25 lat z autystycznym dzieckiem ( i sądzę, że jest to alter ego autora), drugi podejrzewa, że jego wnuk też może być tym dotknięty, ale, ze względu na niezbyt dobry kontakt z córką, nie jest tego pewien.

To jest właściwie cała akcja powieści, która rozgrywa się podczas turnusu rehabilitacyjnego i w większej części ma miejsce w pokoju, ale przecież nie akcji po takiej książce powinniśmy się spodziewać.
Czego więc powinniśmy się spodziewać? To nie jest proste pytanie, ale książka trochę mnie rozczarowała. Zawarta w niej wiedza na temat tego zaburzenia bardzo się przyda osobom nie mającym do czynienia z autyzmem, a propagowanie jej jest bardzo ważne, ale...

Książka napisana jest w bardzo poprawny, ale niestety dość sztuczny sposób. Nie ma w niej ani cierpienia, ani ognia. Nie ma w niej życiowej rozterki... To znaczy może nie tak, to wszystko tam jest, ale ledwie się tli. Brakuje w tym jakiejś iskry, werwy, wyczucia emocji. Sposób pisania sprawia, że nie jesteśmy w stanie wejść w życie bohaterów.

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że czytam coś w rodzaju beletryzowanego poradnika, albo pogadanki medycznej, a nie pełnokrwistą powieść, a przecież autor miał wszelkie szanse zrobić z tego bestseller bo temat ważny i rzadko poruszany. Należałoby się zastanowić, czy książka ta miała być powieścią czy poradnikiem? Jeżeli napisana została po to by propagować wiedzę o tym zaburzeniu to zupełnie co innego...

Dodatkowym atutem powinno być to, że problem opisany jest z „męskiej” strony, to bardzo rzadkie, bo mężczyźni często ( oczywiście nie zawsze) znikają z pola widzenia rodzin w takich sytuacjach, nie zawsze naprawdę, czasami po prostu znikają emocjonalnie, choć są obecni fizycznie.

Jednym słowem książka i potrzebna i pomocna, zapełniająca pewną lukę w literaturze, ale ( jako powieść) trochę niedopracowana, jako poradnik, poprawna ( pominę aspekty religijne, każdy musi tu decydować sam) .

Być może odebrałam tę książkę w ten, a nie inny sposób tylko dlatego, że sama mam doświadczenia związane z autyzmem. Być może inni odbiorą ją zupełnie inaczej. Ze względu na temat przeczytać warto.