niedziela, 23 lipca 2017

Gdy ważne jest to co nieważne.

 
 MARTA REICH

"Sztuki i Sztuczki


 wydawnictwwo 
OFICYNKA


„Sztuki i Sztuczki” to tytuł, który jak rzadko kiedy doskonale wpisuje się w klimat powieści w sposób dosłowny i aluzyjny zarazem bo odnosi się do sztuki jako takiej, ale i do tej przez duże „s”. Ja nazwałabym tę powieść warstwową, bo co ciekawe powieść składa się jakby z trzech warstw, które choć doskonale do siebie pasują i świetnie się uzupełniają wyróżniają się pewną odrębnością.
Opis środowiska warszawskich artystów, a właściwie aktorów teatralnych i nie tylko, opis ich układów, utarczek, zależności i jest właśnie czymś takim, bo nawet bez wątku kryminalnego byłby mocno ciekawy, wręcz fascynujący.

Wszystko jest tak poukładane i opisane, że czytelnikowi wydaje się, iż widzi tu prawdziwych aktorów, tych których zna chociażby z telewizji czy reklam, autorka zresztą nie stawia ich na żadnym piedestale, pokazuje ich w różnych odsłonach nie do końca pozytywnych, nie do końca negatywnych, uwikłanych, złośliwych, okrutnych, ale czasami dobrych i mądrych. Pokazuje pewną „pudelkowatość” ich życia w świetle reflektorów, które z jednej strony jest piękne i wystawne, z drugiej trudne i często niebezpieczne. 

Czytając niektóre sceny, przyglądając się postaciom miałam czasami wrażenie, że autorka „zaszyfrowała” w niektórych z nich prawdziwych, istniejących w rzeczywistości aktorów. Nie nie jest to powieść z kluczem, ale czytając nie jesteśmy w stanie uniknąć pewnych oczywistych pytań i nieoczywistych odpowiedzi.

 

Tło powieści też jest specyficzne i ciekawie opisane, bo jest to Warszawa z kultowymi miejscami, znanymi ulicami, ważnymi odniesieniami i aluzjami do wydarzeń, które gdzieś tam w tle miały miejsce.
To wielki świat, może nie aż taki wielki jak się z daleka wydaje? Trochę w nim władzy, nie zawsze uczciwej i uczciwie zdobytej, trochę polityki tej nieco karykaturalnej, prawomyślnej - na użytek tłumów i zupełnie odmiennej w domowym zaciszu i trochę kultury, też nie do końca krystalicznie nieskazitelnej, ale przecież nie to jest najważniejsze, najważniejsza jest Pola Białohorska, która przez przypadek została wplątana w zabójstwo bardzo znanej i bardzo w środowisku nie lubianej aktorki. Zresztą trup ściele się gęsto, ale za to bardzo logicznie, niczego tak bardzo nie lubię jak nielogicznych nieboszczyków.

Autorka nie tylko morduje ale też i świetnie łączy rożne środowiska i wątki. Świetnie ukazuje także sprawy sercowe swojej głównej bohaterki i jej rozterki w nimi związane, a trzeba przyznać, że te rozterki są spore i uzasadnione, a przynajmniej tak się wydaje.

 

Ta książka to dobre 800 stron świetnej rozrywki i choć początkowo wydawało mi się to nieco przesadzone to szybko zorientowałam się, że to jednak ma sens. Ma sens bo taki jest właśnie sposób pisanie autorki, nie obawiajcie się, nie rozwlekły, raczej dogłębnie analityczny.
Po prostu czytając dokładnie widzimy co się dzieje, co myśli Pola, dlaczego postanawia zrobić to czy tamto, jak i dlaczego zamierza postąpić.
To ciekawy sposób pisania. Daje czytelnikowi dużo przyjemności i nie zostawia w konsekwencji niedomówień, które mogłyby zaszkodzić tekstowi.
Sama sprawa śledztwa poprowadzona jest naprawdę dobrze i przyznam, że nie udało mi się wytypować zabójcy, a zabiegi mylące jakie zastosowała autorka naprawdę znakomite. Aluzje i oczywiste odniesienia do Szekspira naprawdę celne. Bohaterowie ciekawi, żywi, barwni, czasami złośliwie nieco przerysowani.
To bardzo dobry, pełnokrwisty, wcale nie wydumany kryminał pełen aluzji, drobnych przytyków do rzeczywistości i odrobiny złośliwości w stosunku do nas samych jak i do różnych, niejednokrotnie prominentnych środowisk.

niedziela, 9 lipca 2017

Po nas choćby potop.... o miłości do miłości.

 ANN PATCHETT

DZIEDZICTWO

Wydawnictwo
Znak Literanova


Dziedzictwo to skomplikowana sprawa, tu także i jako powieść i jako tytuł, bo dziedzictwo kojarzy się właściwie z czymś dobrym, może nawet szlachetnym, choć prawdą jest że można odziedziczyć także długi, albo traumę... albo los.

Spotykamy ich na chrzcinach.
On ma troje dzieci, wkrótce urodzi się czwarte, ona ma  dwie córki. Jedna z nic jest właśnie chrzczona.

On właściwie nie powinien tam być, ale ochoczo uciekł z domu bo ma dość domowego zamętu, marudzenia żony i dziecięcych wrzasków.
Ona jest jak najbardziej na swoim miejscu. Przewija dziecko.
Małe środowisko, wielkie chrzciny, trochę niepotrzebnego zamieszania, przypadek, impuls, pocałunek i wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart, jedna rodzina, druga rodzina... Wszystkie te większe i mniejsze miłości, zresztą może tylko namiętności – jak zwał tak zwał... małżeństwa, rodziny, losy...

To opowieść w opowieści, ale i poniekąd opowieść o opowieści.
Anne Pattchet w swojej książce porusza problem pewnej odpowiedzialności życiowej z której nikt nie zdaje sobie sprawy choćby dlatego, że człowiek jako jednostka patrzy prawie zawsze tylko na swoje potrzeby ignorując to co nastąpi potem. Przyczyna i skutek, decyzja i konsekwencje.

Czy jeden pocałunek może zmienić świat kilkorga ludzi? Czy może zaważyć na życiu i śmierci?
W bajkach niejednokrotnie  tak jest.

Patchett opowiada nam więc swoją odrobinę pokrętną i prawdziwie realistyczną bajkę. Zaczyna od bajecznego, odrobinę bajkowego pocałunku na czymś w rodzaju „balu”, po którym powinno nastąpić „długo i szczęśliwie”, ale nie następuje. Autorka snuje swoją opowieść przez lata tak jakby chciała odrobinę złośliwie zażartować z tej odwiecznej sztampy, ze stereotypu wtłaczanego nam w głowy od dzieciństwa.


Opowieść pokazuje życie bohaterów z rożnych perspektyw i w rożnych życiowych momentach. Nie oszczędza swoich bohaterów.... Ich losy czasem pogmatwane, bo po prostu pogmatwane przez życie są też czasem trudne bo ciąży na nich właśnie to tytułowe „dziedzictwo”.

Czy to ten pocałunek? Ta chwila namiętności, dla której główni bohaterowie zapomnieli o szóstce dzieci?
A może po prostu znudzili się rolami, ale mimo wszystko wypadało być tym wygranym w walce o prawa do potomstwa? W walce o czas z dziećmi, którego w sumie nie bardzo mieli ochoty z dziećmi dzielić?
A może nie chcieli już nikogo i niczego tylko tak jakoś to wyszło. Mocno po amerykańsku, ale też zwyczajnie po ludzku.

Każda decyzja z tych setek, a może tysięcy podejmowanych codziennie zmienia coś w nas i w świecie. Dopóki dotyczy tylko nas i koloru pasty do zębów wszystko jest w porządku, inna sprawa kiedy dotyczy dzieci, które poznają świat poprzez rodziców w każdym sensie, poprzez ich słowa, obecność, nieobecność, miłość czy odrzucenie.


„ Dziedzictwo” to także tytuł powieści napisanej przez Leo Posena, jednego z bohaterów powieści długoletniego partnera Franny i tytuł filmu nakręconego na postawie tej powieści.
„Dziedzictwo” to też szczególne, naprawdę dziwne losy Albiego... a także tragiczny los jego starszego brata...

Można by powiedzieć, że wszystko w sensie symbolicznym jak i realnym jest w tej książce dziedzictwem, spuścizną, pozostałością po jednej chwili, która rozrosła się, zmieniła świat, wywróciła go do góry nogami i poraniła wszystkich dookoła. Bardzo dobra książka, choć przez niektórych zbyt powierzchownie traktowana jako obyczajowe czytadełko, warta jest przeczytania, a przemyślenia przychodzą same, potem nocą, bo autorka nie moralizuje, nie podpowiada, nie decyduje, to czytelnik po wejściu w gąszcz znaczeń sam zaczyna się zastanawiać, jak daleko sięga nasza życiowa wolność i czy dużo dalej niż wybór koloru pasty do zębów. Polecam bardzo bardzo.

piątek, 23 czerwca 2017

Horror nie może być bezpłciowy, ale nie ma płci!


 
 MAGDALENA KAŁUŻYŃSKA
ALVETHOR PANDEMIA

OFICYNKA


Horror to ostatnio coraz trudniejszy i coraz bardziej wymagający gatunek. Dlaczego? Bo stare strachy się opatrzyły, a nowych jakby brak. 

Zombiaki wyłażące z grobów właściwie już tylko śmieszą, duchy są dobre dla dzieci, demony i opętania mocno się przejadły, a wampiry po „Zmierzchu” Stephenie Meyer bardziej kuszą niż straszą, dlatego dobry, mocny i mroczny horror to teraz rzadkość nad rzadkościami bo lęk to sprawa intymna. Bardziej intymna nawet niż seks! O seksie się rozmawia, lepiej, gorzej, ale jednak tak, o leku? NIGDY!

 

Kiedyś zrobiłam sobie swój własny test psychologiczny ( ale załozyłam reakcje skrajnie prawdopodobne i prawdziwe, nie bajkowe) i wyobraziłam sobie, że wstaję z łóżka, spoglądam przez okno i widzę na trawniku całkiem pokaźnych rozmiarów statek kosmiczny...
Nie, nie on był przyczyną lęku, ale moje zdrowie psychiczne...
No przecież zwariowałam! Tego tam nie powinno być! Powinnam pójść do lekarza, ale wtedy lekarz coś znajdzie i skończę w wariatkowie i najpewniej nigdy stamtąd nie wyjdę. Zapytać kogoś? To mniej więcej to samo...
Ten aspekt rozważań jednego z bohaterów ( choć nie chodziło o statek kosmiczny, a o zdrowie psychiczne wydał mi się genialnie autentyczny) Niestety nie czytałam pierwszej części, więc nie do końca wiedziałam jak tę powieść ugryźć, z drugiej strony językowy, komunikacyjny aspekt narracji sprawił, że popadłam w totalny zachwyt.
Próbowaliście kiedyś wytłumaczyć człowiekowi, który nie widzi od urodzenia, co to jest kolor? Próbowaliście przekazać mu ideę czegoś takiego jak „czerwień” z pozoru błaha sprawa, ale tak naprawdę nie da się tego zrobić. Nie ma szans. Komunikujemy pewne rzeczy jedynie przez porównania, tyle, że żeby móc to zrobić przez porównania trzeba by interlokutor je znał, miał podobne doświadczenia, rozumiał...
Czyli co to jest czerwień? Co to jest w ogóle kolor? Co to jest myśl? Mamy miliony odniesień, które pomagają nam rozumieć nasz świat, a jeżeli trafiłaby się istota z innego świata? Taka, która tych odniesień nie posiada?

I tu moim zdaniem autorka pokazała nie klasę, a geniusz...

To jak skonstruowała warstwę narracyjną książki jest wprost niesamowite. Kiedy byłam dzieckiem zawsze zastanawiałam się dlaczego w filmach wojennych wszyscy Niemcy mówią po … angielsku, długo trwało zanim zrozumiałam, że jest to po prostu konwencja, zabieg ułatwiający zrozumienie. Tu autorka pokazała inne byty, które muszą porozumieć się z człowiekiem i nie poszła na łatwiznę. Co to to nie! Ona z tego wykreowała coś zupełnie innego i nie zamknęła tego w dwóch akapitach, ale umiała poprowadzić to przez całą powieść, tak żeby wkurzało, dawało do myślenia i mocno fascynowało.
Językowo cudna i wymagająca, a ja takie lubię, co ja mówię! Ja takie kocham! Jestem pewna, że gdyby spod pióra tej autorki „wydostał się” romans to też bym przeczytała ( a nienawidzę romansów) jednak język pisarza to coś takiego, że potrafi sprawić cuda.
I nagle zrozumiałam nasze ( ludzkie) romantyczne oczekiwania, i to co mówił Stephen Howking, to znaczy nie tyle zrozumiałam ile zobaczyłem, że inni tez to czują.
A co jeżeli? Co jeżeli ona ma rację? Co jeżeli to się dzieje? 

Czym jest ta książka? Horrorem? Horrorem też, ale takim z górnej półki (i wcale nie krew tu przeraża) i powieścią SF z genialnym nawiązaniem do „Robota” Snerga Wiśniewskiego, do Philipa Dicka i do G.R Martina i jego Piaseczników, trochę do Lema... jest też ukłonem w stronę slashera (takim nieco żartobliwym i niejednoznacznym – no piła mnie powaliła ), całkiem dobrym thrillerem. Zresztą opdniesień jest tam, że tak powiem „multum” i im więcej wiemy, tym więcej widzimy...

Podkreślam jednak, to nie są zapożyczenia, ale delikatne, inteligentne aluzje...

I to różni autorkę od epigonów.

 

Kosmologia mocno niejednoznaczna ( mnie trochę przekierowała na Prattcheta, ale li tylko na pojęcie Demiurga, a nie na prattchetowskie poczucie humoru) choć jest jemu moim zdaniem bliska.
Niektórzy twierdzą, że taka krwawa masakra w wydaniu kobiety to nowość... No nie wiem... A co to ma do rzeczy? Autorki nie odbieram płciowo, ma niesamowita wyobraźnię, genialny warsztat. Że kobieta i tyle krwi.... no w sumie... 
Horror nie może być BEZPŁCIOWY, ale nie ma płci! Jak jest dobry to nie ma wyjścia - jest dobry!

Oby biblioteka miała „Alvethor. Białe miejsce”. Ciekawa jestem jakie będzie moje wrażenie po przeczytaniu cyklu od początku, ale... jeżeli tekst broni się BEZ początku to ja chcę więcej!

piątek, 16 czerwca 2017

Cudna proza!

Zośka Papużanka

Świat dla ciebie zrobiłem


ZNAK








Bardzo lubię czytać książki Zośki Papużanki i wracam do nich je z ogromna przyjemnością, bo to ten rodzaj literatury, który moc czerpie bardziej z formy i języka niż z treści. Nie to, że treść jest nieważna, to stwierdzenie byłoby absurdem, ale jest nieco mniej ważna niż w innych powieściach, gdzie stanowi jedyny czasami punkt odniesienia i często jedyną wartość.
Papużanka pisze myślą, strumieniem myśli, skojarzeniami, aluzjami. Ona nie opisuje rzeczy ani sytuacji, a raczej reakcje na nie. Nie wyjaśnia, wyjaśnienia zostawia czytelnikowi.

Nie opisuje uczuć, ale je pokazuje. To sprawia, że czytelnik jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowany w tekst. Wiele razy czytając „Szopkę”, czy „On” miałam wrażenie, że autorka pokazuje moje myśli i odczucia... Moje, a nie swoje, a jeżeli moje to i innych czytelników, więc mocno uniwersalne...

W tej książce autorka serwuje nam nie jedną, a dwanaście historii zamkniętych w delikatnych jak choinkowe cacka opowiadaniach. Każde z nich inne, odrębne i pięknie refleksyjne, wszystkie są barwne językowo i napisane w bardzo osobisty sposób.
Poetyckie, refleksyjne, mocno „introwertyczne”, że tak powiem, bo pokazują świat od wewnątrz, od tego co bohater czuje, co myśli i jak widzi świat wokół siebie.

Opowiadania te są trochę jak „zadry pod paznokciem”, czuje się je bardziej niż rozumie, choć oczywiście są zrozumiałe, tyle tylko, że uczucie wypływa bardziej „na wierzch” i chciałby się naprawdę czasami wejść w nie i zobaczyć wszystko samemu.

Pełne niedopowiedzeń są jakby zindywidualizowane w stosunku do czytelnika, bo nie do końca określając intencje autorki mogą wywoływać rożne reakcje, a więc i być zupełnie inaczej pojmowane przez każdego.
Każde z opowiadań rożni się także i formą wypowiedzi, tak jak rożni się wewnętrzny świat każdego z nas. Jest nasze JA, a potem to co to ja czuje, rozumie i postrzega. Jestem zakochana w krótkich formach, uwielbiam opowiadania, szczególnie te nie całkiem zamknięte.
Opowiadanie to forma i łatwa i trudna zarazem, zależy od punktu widzenia. Nie każdy potrafi się w niej zmieścić i nie każdy jest w stanie zamknąć w tak małej przestrzeni literackiej swoje autorskie „ego”. Po za tym żeby opowiadanie było dobre trzeba pisać emocjami, a nie słowami.
Styl autorki jest i taki sam i zupełnie inny niż ten zastosowany choćby w Szopce. To rodzaj strumienia myśli, a więc zmienia się wraz z bohaterem, ale też jest bardzo rozpoznawalny.
Cudna proza, taka z zamysłem, z przesłaniem, ale właśnie literackim, językowym, opartym o formę. Nie jest to jednak książka łatwa. Trzeba pewnej wrażliwości, żeby ją przeczytać ale i odczytać. Ja kocham takie klimaty, wewnętrzne „rozlane mleko”, słowa, które zarezerwowane są tylko dla siebie, te, których nie powierza się nikomu, choć wyrywając się na „wolność” mogłyby ocalić relacje, ludzi, światy.

niedziela, 11 czerwca 2017

Książka kusząca lasem i zwłokami.



AGNIESZKA PRUSKA

Zwłoki powinny być martwe

OFICYNKA


Książka kusząca lasem i zwłokami.

Z książkami Agnieszki Pruskiej dotychczas jakoś nie miałam okazji się zetknąć osobiście. Znałam je, że tak powiem „tylko z widzenia”, kiedy więc wreszcie natrafiłam na zwłoki... a właściwie na książkę „Zwłoki powinny być martwe” naprawdę się ucieszyłam i to wcale nie tylko dlatego, że podzielam zawarte w tytule oświadczenie, ale lubię tego typu powieści. Pisanie kryminałów, tak samo tych przerażających jak i zabawnych to dla autora ciężka i bardzo wymagająca praca. Nie wiem nawet czy te wesołe, niby lekkie i łatwe kryminały, że tak powiem komediowe, nie są trudniejsze bo przy ich pisaniu obowiązują nie tylko tak podstawowe zasady jak wartka akcja, suspens i dobrze powiązane watki, ale czytelnik ponadto wymaga pewnej lekkości, zabawnych wątków i wyrazistych, ale niezbyt mrocznych postaci.
„Zwłoki powinny być martwe” to taki właśnie, może nie całkiem komediowy, ale lekki i zabawny kryminał z nutką romansu i ciekawym przesłaniem, i wierzcie mi, nie chodzi tu o przesłanie tytułowe.
Dwie nauczycielki na wakacjach nie jest to remat specjalnie ani komediowy ani makabryczny, ale te nauczycielki to kobiety po przejściach, a właściwie po przejściu przez całoroczny gimnazjalny magiel. Znają się na życiu i ludziach, muszą, inaczej by nie przetrwały w szkole. Są sprytne, inteligentne, przewidujące. Miesięczny odpoczynek w leśniczówce na Mazurach, to dla nich wyczekany czas spokoju.

I tu wielki pokłon w stronę kunsztu autorki. Nie wiem czy też czasami tak macie, ale kryminał, i to taki w którym czytelnik mógłby się dobrze odnaleźć wymaga stałych, konkretnych i łatwo zapamiętywanych punktów odniesienia, ulic, domów, kościołów czy innych bardzo konkretnych punktów orientacyjnych. Umieszczenie akcji w środku lasu, w leśniczówce pod Olsztynkiem i rozpisanie tego tak, żeby każdy czytelnik orientował się w topografii to nie lada sztuka, bo w lesie mało jest konkretnych punktów, tylko drzewa, krzaki, ścieżki, a mimo to akcja rozwija się bardzo plastycznie i naprawdę wiemy, co i gdzie się dzieje.

 

Cała sprawa zaczyna się od niefortunnych zwłok... Zostają znalezione w lesie pod krzakiem malin, ale kiedy pojawia się policja zwłok już nie ma. Poruszone do żywego tym, że policja nie za bardzo wierzy w te dziwne zwłoki, przyjaciółki postanawiają same jakoś tę sprawę rozwiązać. Tego rodzaju atrakcje, choć nieprzewidziane wprawiają w zachwyt nie tylko nauczycielki, które trochę obawiają się wakacyjnej nudy, ale i dzieciaki leśniczego. Od tego momentu rozwiązywanie zagadki kryminalnej będzie przeplatać się z o wiele trudniejszą sprawą, czyli z unikaniem cwanych, dość wścibskich i niezwykle domyślnych dzieciaków.
Bohaterowie, co cenię w dobrych książkach, mają zalety, ale też i wady i zachowują się logicznie, tak jak człowiek naprawdę zachowuje się w życiu. Nauczycielki robią wszystko by unikać dzieciaków, dzieciaki wyrzekają na szkołę, policjanci wzbraniają się przed ujawnianiem wyników dochodzeń postronnym, a porzucona żona zieje ogniem jak nie przymierzając smok.
Wszędzie snuje się zapach grzybów i soku ze świeżych malin. W tej książce las pachnie naprawdę!
I tu dochodzę do przesłania. Delikatnie wpleciona w śledztwo historia miasta i okolic bardzo wzbogaca opowieść i nie ma w niej ani krzty dydaktyzmu, a już opowieść związana z opuszczonym osiedlem – majstersztyk. Autentycznie miałam ciarki na plecach i ochotę by więcej się o tym dowiedzieć!
Powieść lekka, przyjemna, inteligentna, dobrze napisana z całą masą zabawnych akcentów i do samego końca trzyma w napięciu! Nie rozwiążecie tej zagadki zanim nie dojdziecie do końca, przynajmniej mnie się to nie udało. Ta książka zapewni i relaks i przyjemność, a kto wie czy nie coś więcej.

To idealna książka na lato bo lekka, na zimę, bo pachnąca, na jesień bo rozświetla słońcem ponure dni i na wiosnę, bo niesie obietnicę letniej przygody.


Szczerze polecam.

niedziela, 4 czerwca 2017

Kocham starą Słaboniową!

Stara Słaboniowa i Spiekładuchy - Łańcucka JoannaKażda kultura ma swoje baśnie, duchy i piekielne stwory, siedzą sobie w folklorze, w wiejskich bajaniach i zabobonach i spokojnie czekają, aż ktoś je na nowo odkryje. Przez wieki wyjaśniały to co niewyjaśnione, strzegły moralności i porządkowały świat, ale wypierane przez chrześcijaństwo, „nowoczesność” i modę na inne, mniej rodzime stwory pochodzące z innych kultur pochowały się po kątach świadomości kulturowej i egzystują jeszcze tylko w bajkach, ale czy na pewno?



Czytałam ostatnio dwie, trzy powieści (i to dobre także pani K.B. MIszczuk) bazujące na dawnych słowiańskich wierzeniach i przyznam, że było to dla mnie bardzo ciekawe i inspirujące czytelnicze doznanie.
„Starą Słaboniową i speikładuchy” poleciła mi koleżanka znająca moje literackie preferencje i rzeczywiście się nie pomyliła.
Ta powieść, to nie jest tylko i wyłącznie powieść o tytułowych „spiekładuchach”, ale także o ich trwaniu, pojmowaniu i funkcjonowaniu w wiejskiej kulturze przez lata.
Takich starych Słaboniowych z ich opowieściami i wiedzą jest coraz mniej, zastąpiło je Google i filmy o inwazji zombie, ale gdyby się dobrze przyjrzeć, to właśnie zombie są dla kultury choćby Haiti tym czym dla nas przez wieki były strzygi albo wąpierze.
Opowieść rozciąga się na lata i podzielona jest na rozdziały – opowiadania - z których każde dotyczy tej samej społeczności, ale innego wydarzenia. Połączone są one klamrą fabularną, stanowi ją historia samej Słaboniowej, która ( i kobieta i historia zarazem) jest mocno niebanalna i wcale nie taka znów sielsko-anielska.
Na samym początku poznajemy wieś i nie jest to miejsce stylizowane, nie ma tu nic z „urokliwości” przesłodzonych obrazków, to wieś prawdziwa, taka gdzie bywa zimno, głodno i paskudnie, gdzie każda zagroda podlana jest litrami gorzały i świeci podbitymi oczami „ukochanych żon i matek”.
Gdzie króluje paternalistyczne podejście do rodziny i dzieci, wiejskie poczucie „przyzwoitości”, które z przyzwoitością czasem niewiele ma wspólnego.
Ta wieś to wszechświat. Maleńki, swojski, swojsko groźny. Rustykalny, przaśny, ale też rozbuchany seksualnie, pełen pokus i mrocznych tajemnic. Reszta świata istnieje tylko w domyśle, na obrzeżu, w mieście, w radiu w starym telewizorze marki Rubin, a potem po latach w listach i opowieściach o Unii Europejskiej.
Te światy się nie przenikają. W pewnym sensie się nawet wykluczają.
Słaboniowa jest osobą „widzącą” i „wiedzącą”, wie i widzi bo umie patrzeć, to cecha dziś rzadka u ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów, umie też dodać dwa do dwóch. Potrafi pomagać. Wymyka się zwykłym ocenom, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy jest zła czy dobra, ona jest chyba obok wszelkiej klasyfikacji i to w tej postaci jest genialne, jest jak diament o wielu barwnych obliczach, może i błyszczący, ale twardy.
Dodatkową, a gwarantuję wam nie jedyną zaletą tej książki jest narracja prowadzona w mocno wiejskim, ale nie nużącym stylu. Ta narracja to nie tylko fakty i dialogi, ale też cała otoczka niezbędna by opowieść stała się czymś więcej niż tylko zapisem zdarzeń. Pięknie poprowadzona, lekka, cudnie wiejska, świetnie zrozumiała, a jednak inna od wszystkich.
Język przystosowany do miejsca i do bohaterów jest równocześnie lekki, płynny, piękny, niesamowicie plastyczny. Jest w nim lekka, leciutka nuta „Konopielki” Redlińskiego, ale to taki tylko posmak. Z opisów wydobywają się nie tylko słowa i obrazy, ale i zapachy czy dźwięki wydzierane „słowem” przez autorkę z głębi serc czytelników, z odległych miejsc, z wakacji spędzanych u dziadków na wsi, ze wspomnień jak z cudownych baśni.
Język tej powieści zasługuje na szczególną uwagę, bo nie sposób pisać o”spiekładuchach” słowami nadającymi się do opisywania najnowszego modelu laptopa. One zasługują na mowę bardziej intymną, na to co gra w duszy, na zaśpiew, na soczyste przekleństwo... Zasługują na by o nich mówić pięknie.
Książka wydana w 2013 roku, a więc stosunkowo dawno temu, w zalewie nowości jakoś słabo przebiła się do świadomości czytelniczej, czego bardzo żałuję. Szkoda, że takie perełki nikną gdzieś w czeluściach księgarń zamiast cieszyć oczy i dusze czytelników.

Wpisana do kategorii „horror” nie powinna jednak tam się znaleźć, to raczej poetycka opowieść grozy, a poetyckości w niej więcej niż grozy, no i groza jest tu inna niż w horrorach. Jest wiele bardziej inteligentna i przemawia do serca i duszy, a nie tylko do instynktów.

sobota, 22 kwietnia 2017

Cienie poza światłami...

EWA STACHNIAK
BOGINI TAŃCA
wydawnictwo
ZNAK


PRZEDPREMIEROWA recenzja GENIALNEJ książki!!!


Świat baletu to środowisko zamknięte, bardzo trudne i rządzące się specyficznymi prawami. Scena to tylko piękny, upragniony moment, mgnienie blasku, chwila zachwytu, a wokoło cień. Ciężka praca, mordercze ćwiczenia. Tu sam talent nie wystarczy. I jest jeszcze czas, który zdziera z ciała kolejne zasłony i nie każdemu go wystarcza na to umowne, wyczekane „pięć minut” sławy.

Kultura masowa omija balet bo za trudny, ale mimo wszystko większość ludzi zdaje sobie sprawę kim byli Diagilew, Niżyński, Isadora Duncan, Matylda Krzesińska czy „La Nijinska”.

Świat można opowiadać na wiele sposobów, słowem, kształtem, barwą czy gestem. Są i tacy, którzy świat opowiadają tańcem za pomocą jedynego instrumentu jaki posiadają - doskonale wyćwiczonego i cudownie giętkiego ciała. Bronisława Niżyńska „La Nijinska” jak nazywali ją Francuzi urodziła się w rodzinie dwojga tancerzy i od dziecka pragnęła tańczyć tak jak i jej starszy o dwa lata brat Wacław. Ich matka wszystko podporządkowała temu by dzieci miały jak najlepsze wykształcenie w tym kierunku. Dla nich poświeciła wszystko. Jak to w tym zawodzie bywa już samo ich urodzenie było nie lada poświęceniem.

Bronisława zawsze żyła trochę w cieniu brata, którego talent powalił na kolana pół Europy i odmienił postrzeganie roli tancerza w balecie. Żyła aby tańczyć nawet wtedy, kiedy pierwsza wojna światowa podpaliła Europę, a rewolucja październikowa Rosję. Żyła pomiędzy światami na pograniczu kultur - była Polką z serca i pochodzenia, ale Rosjanką z wychowania i życiowych wyborów, była też wielką osobowością, kimś kto żyje na scenie i dla sceny, ale musi jeść, spać i walczyć o przetrwanie.
Jej życie to opowieść niezwykła, opowieść o wytrwałości, miłości poświeceniu i pokonywaniu trudności.

Ewa Stachniak swoją powieść zaczyna niejako od końca. Jest październik 1939 roku, Niżyńska z córką płyną statkiem do Stanów. Trwa wojna... Bronisława otwiera notes i zaczyna pisać.
Po chwili zaczynamy poznawać jej życie od samego początku. Dziwne, smutne, ciekawe i tragiczne. Poznajemy dzieje jej rodziny, jej drogę do baletu, historię obu braci i nieobecnego ojca. Powoli pojawiają się wielkie sławy, które towarzyszyły tancerzom w ich artystycznej drodze, poznajemy ich cierpienie, walkę, kontuzje... Miłości.

Tancerz za chwilę chwały na scenie płaci bardzo wysoką cenę choć tego nie widać. To nie tylko ból, pot i łzy, to o wiele więcej. Rozdarte dusze, potargane losy, rozbite rodziny, a czasami coś jeszcze – utracony umysł. (Historia Wacława Niżyńskiego i jego choroba przewija się poprzez całą powieść, choć nie do końca wiadomo czym była i co ją spowodowało). Ta książka bardzo pięknie to uświadamia nam wszystkim wpatrzonym w światła sceny, a zapominającym o cieniach, które gromadzą się poza tymi światłami.

Przecudnie napisana książka! Opowieść się wije, zatacza kręgi, wiruje, wraca do początku, czasami wyrywa się mocno do przodu, pokazuje jakąś chwilę, zdarzenie, moment, wtrąca delikatna aluzję do przyszłości, po to by potem znów wrócić do podstawowego biegu narracji i pozostawić czytelnika w osłupieniu i oczekiwaniu na to co nastąpi. Nie znam się na balecie, choć bardzo tego żałuję, ale czytając miałam wrażenie, że ta narracja to jakby literacki odpowiednik tańca.


Jestem wprost zachwycona. Dawno nie czytałam czegoś równie mocnego. To niesamowite jak autorka zwykłą bądź co bądź biografię potrafiła przedstawić w tak fascynującej formie. Książka spodoba się każdemu, nawet tym, którzy nie interesują się baletem. Zachęcam bardzo, bardzo!