poniedziałek, 11 września 2017

Diabeł osobisty, wróg ukochany.

JACEK PIEKIEŁKO

Ciemne siły

VIDEOGRAF



Tę książkę ktoś powinien jak najszybciej sfilmować, a sfilmowanie jej wcale nie byłoby takie trudne - mimo gatunku i tematu nie wymagałoby ogromu efektów specjalnych bo groza tej powieści, choć potworna jest „z tego świata”.

Tworzenie horroru to kreowanie jakiejś konkretnej rzeczywistości, codzienności, która mniej lub bardziej odnosi się do naszego zwykłego świata i praw nim rządzących, ale dodaje do niej elementy, które w sposób oczywisty do tej rzeczywistości nie przystają.

W tej powieści świat jest realistyczny, prawie całkowicie „normalny”, ale w niektórych momentach mocno oniryczny i nasycony niesamowitością.
Autor do budowy fabuły wykorzystał trzy elementy. Pierwszym z tych elementów jest sekta Chłystów istniejąca od siedemnastego wieku i propagująca poglądy podobne do wczesnochrześcijańskich herezji. Chłyści wierzyli w reinkarnację, preegzystencję dusz i możliwość nieskończonego, ciągłego wcielania się Boga w człowieka, a właściwie w rożnych ludzi. Zresztą wiedza na temat tej sekty jest bardzo skromna, na dodatek wierzenia jej wyznawców były bardzo niejednolite.
Założycielem sekty był żołnierz-dezerter pochodzący z chłopstwa Daniła Filipowicz. Ogłosił się wcielonym Bogiem. Wraz z "umiłowanym synem, Jezusa Chrystusa" Iwanem Susłowem głosił, iż pojawił się na ziemi jako Bóg, by przekazać ludzkości nowe dwanaście przykazań. Obu tych ludzi istniejących kiedyś rzeczywiście spotkamy w powieści.

Drugim mocno powiązanym elementem jest postać Gregorija Rasputina faworyta rodziny carskiej, podejrzanego o przynależność do tej właśnie sekty, jego pojawienie się, lub pojawienia – co bardziej oddaje treść książki, to mocny atut powieści.

Ostatnim, ale być może najważniejszym elementem jest ludzka wiara w „szarlatanerię”. We wszelkiego rodzaju energoterapeutów, uzdrowicieli i ludzi. I tu psychologiczny aspekt książki jest naprawdę świetny. Autor pokazuje jak oddając swój umysł, ciało, często w pewnym sensie „duszę” człowiekowi, którego intencji, wiedzy i możliwości nie jesteśmy w stanie sprawdzić możemy się stać ofiarami...

Sugestia i wiara w cuda to broń, która ktoś może obrócić przeciwko nam.

Książka zaczyna się opisem wyuzdanej „radienii” - orgiastycznego obrzędu Chłystów. Potem poznajemy całą resztę. Grupa archeologów jedzie do maleńkiej rosyjskiej wioski by tam szukać królewskich insygniów. Dziwne miejsce na insygnia, ale oni szukają, znajdują trumnę, a w niej...
Owszem pomysł może nie taki nowy czy świeży, ale tutaj został wykorzystany w zupełnie nowy sposób. Nikt nikogo nie pożera...
To co zaczyna się dziać działa o wiele głębiej, bardziej w umysłach i podświadomości ludzi, którzy znaleźli się na tym dzikim odludziu, niż w konkretnej rzeczywistości. Inna sprawa, że bardzo trudno tę rzeczywistość zrozumieć bo jest inna dla każdego i nieuchwytna, zmieniona przez postrzeganie, mocno osobista. Niewiarygodnie sugestywna, a jednak inna dla każdego.
Powoli, za pomocą wyrazistych migawek literackich autor przenosi nas w czasie i przestrzeni pozwalając nam zrozumieć bohaterów, ich przeszłość i dążenia, pozwala to poznać ich trochę bardziej, odkryć ich ciemne strony, uczynki i koszmary.
To bardzo pogłębia narrację. To co się dzieje podczas wykopalisk zaczyna łączyć wszystko i wszystkich, ale o tym nie będę pisać. To musicie odkryć sami.
Książka bardzo dobrze napisana, świetnie przejrzysta i logiczna! Logika w horrorze jest naprawdę ważna, a wielu autorów o tym zapomina załatwiając niewygodne wątki kolejnym „atakiem” jakiegoś potwora. Tu nie, tu wszystko ma przysłowiowe „ręce i nogi” każdy, najmniejszy nawet fakt jest uzasadniony, odpowiednio wprowadzony i wykorzystany.
To bardzo dobra powieść, świetnie się ją czyta i doskonale rozumie. Dodatkowym atutem jest to, że opiera się na pewnych realiach i wykorzystuje rodzimą kulturę, co nie jest bez znaczenia. Naprawdę polecam.

niedziela, 3 września 2017

Opowieść o pieknej duszy pieknego człowieka.

 AMOR TOWLES

 Dżentelmen w Moskwie

Wydawnictwo ZNAK

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 

 


Świat, wbrew pozorom, to coś bardzo osobistego, a jego wielkość bywa bardzo względna zależnie od okoliczności i duszy człowieka, który go postrzega. 

Są tacy, którzy swoją miałkością i małostkowością potrafią doprowadzić do kurczenia się wszystkiego wokół nich. Są tacy, którzy mają dusze tak wielkie i pojemne że potrafią umieścić wszechświat na kilku metrach kwadratowych celi więziennej, albo w pokoiku na poddaszu.

Przestrzeń bywa zmienna, nie zawsze, nie wszędzie, ale w hotelu Metropol w Moskwie na pewno. Sam ten hotel to wszechświat, w którym będzie musiał żyć hrabia Rostow skazany i nie skazany, uwięziony, choć w pewnym sensie wolny, pozbawiony wszystkiego co dotychczas stanowiło jego życie, musi odnaleźć jakiś sens. Wykształcony, obyty, mądry, hrabia jest człowiekiem, który wzbudza powszechny szacunek, ponieważ tego szacunku nie żąda. Po prostu nań zasługuje.

Lewituje w tym klaustrofobicznym świecie jak ktoś, kto nie przynależy ani tu, ani tam. Nie zabito, go, ale pozbawiono go życia.


Rosja carska i Rosja radziecka to zupełnie różne światy, oba krwiożercze i okrutne, ale każdy w inny sposób. On żyje w obu, łączy je. Spaja. W tej bańce mydlanej jaką jest hotel Metropol oddzielony jest, choć nie całkowicie od szaleństwa jakie ogarnia Rosję i świat.

Wewnątrz, z pomocą Niny, rezolutnej dziewięciolatki poznaje to co dotychczas nigdy nie było jego udziałem. Hotel od drugiej strony. Od podszewki. Jego drobne tajemnice i wielkie sekrety... Miejsca ukryte przed gośćmi. Miejsca tajemne. To rozszerza jego świat i pomaga mu przetrwać. W rzeczywistości, w której przyjaźń bywa bezcenna, a jedyną prawdziwą walutą jest uczciwość on sam pewnego dnia odpłaci się Ninie za jej bezcenną pomoc.

Hotelowy świat, klaustrofobiczny i zamknięty, kilkadziesiąt lat zakazu wychodzenia z hotelu i życie wśród obcych,którzy powoli stają się przyjaciółmi, mozolne, ciągłe krążenie po schodach, korytarzach pokojach i restauracjach to tło dla rozważań na wszelkie tematy, to genialna intelektualna uczta, od pierwszego przecinka, po ostatnią kropkę wypełniona sztuką, literaturą, filozofią i nauką.

To wspaniałe cytaty, żartobliwe przytoczenia, adekwatne odniesienia do wielkich twórców i ich niezniszczalnych dzieł ducha i sztuki.


Rzadko spotyka się powieść tak erudycyjną, a równocześnie tak przystępną i lekką. Jest w niej jakiś nieokreślony duch Sołżenicyna i jego „Oddziału chorych na raka”, bo i tu i tam autor pokazuje ludzkie postawy wobec rzeczywistości, przemian i tragedii, i tu i tam jest coś w rodzaju dumniej pokory i pogodzenia się z tym co odchodzi i z tym co nadchodzi nieubłaganie. To obraz prawdziwej życiowej mądrości ukazany na tle tragicznych losów jednostki, narodu i świata.

W książce wyczuwa się też ducha Bułhakowa punktującego absurdy i rosyjską pokrętną duszę, a także małość i głupotę niektórych wielkich tych, którzy już są u władzy i tych, którzy im sekundują.
Ta książka jest jak utwór symfoniczny zapisany słowami. Miejscami nostalgiczny, rzewny, miejscami mocny, wręcz grzmiący, ale całość, mimo trudnego tematu, jest pozornie leciutka jak piórko, pogodna i elegancka, pod spodem jednak pełna jest goryczy i słona od łez. Czaruje zapachami restauracyjnych uczt i więziennej tęsknoty za kawałkiem chleba. 

To echo dawnej świetności zbrukane przaśnością byle jakiego świata, ale i pean na temat wielkości człowieka i jego wewnętrznego bogactwa.


Książka napisana przepięknym językiem i łatwa i trudna zarazem, cudownie inteligentna, mądra, erudycyjna. Pełna wiedzy ogólnej i wiedzy życiowej, a wątek fabularny tak niezwykły, że zupełnie nie przypomina żadnej innej przeczytanej przeze mnie książki, a zaręczam czytam dużo. Ta książka pokazuje, że można wciąż napisać coś nowego, świeżego, wręcz niezwykłego. Polecam z całego serducha!

sobota, 2 września 2017

Nele Neuhaus "W lesie"

Nele Neuhaus
"W LESIE"

wydawnictwo
MEDIA RODZINA







Nele Neuhaus pisze świetne kryminały, a książka pod tytułem „W lesie” jest ósmym, wcale nie gorszym od poprzednich tomem serii, w której występuje policyjny duet Pia i Oliver. To jeden z tych kryminałów, które początkowo wydają się zwyczajne, może nawet mało obiecujące, a po chwili wciągają w wir domysłów, pokrętnych wskazówek i dziwnych zdarzeń.
Małe wioski ukryte pośród lasów bywają urokliwe i są niezaprzeczalnie przepiękne. Ktokolwiek widział niemiecką wioseczkę, czyściutką, obsadzoną kwiatami, elegancką i zadbaną będzie wiedział o czym mówię. Pocztówkowy widoczek, prawda? Niestety bardzo często to co widać na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z tym co dzieje się pod powierzchnią tego bajkowego obrazu. Tak jak wszędzie tak i tu ludzie mają swoje tajemnice, a tajemnice potrafią trzymać ludzi w szachu całymi latami, bo bardzo często to co niedopowiedziane, czy niewyznane stanowi dla jednych potworny balast dla innych prawdziwe zagrożenie.
Pożar na kempingu należącym do gospody „Dom Przyjaciół Lasu” nie jest jakiś bardzo dziwny, czy zaskakujący, gdyby nie to, że w zgliszczach policjanci znajdują zwłoki byłaby to sprawa jak każda inna. Początkowo nie jest to bardzo niepokojące, można przecież sądzić, że to przypadek, tyle, że zaraz potem w w okolicy dochodzi do kolejnych dwóch zabójstw i choć niby te sprawy pozornie się nie łączą, to jednak sprawa zaczyna wyglądać bardzo poważnie.
To co się dzieje jakimś dziwnym trafem wydaje się łączyć z bardzo starą sprawą z lat siedemdziesiątych, z zaginięciem pewnego jedenastoletniego chłopca. Czterdzieści lat wcześniej sprawy nie udało się rozwiązać, teraz nagle wszystko zdaje się z nią wiązać, tyle, że wszyscy milczą jakby poczucie winy, albo wyrzuty sumienia nic nie znaczyły wobec strachu przed karą.

W tej książce jest wiele warstw fabularnych bo opowieść wciąga nas pod powierzchnię zdarzeń, ukazuje zupełnie inne oblicza ludzi, pokazuje codzienność, prywatne sprawy, wyparte lęki, drobne przekłamania. Jak w soczewce skupia życie małej miejscowości, życie, ale też i patologie.

I nie jest to tylko sama intryga kryminalna, ale misterne studium zależności. Opowieść o tym jak ludzie wikłają się w tajemnicę, która uzależnia ich od innych, jak obezwładnia, zatruwa całą społeczność, jak niszczy życie na pokolenia.

 

Ta tajemnica jest jak trucizna. Co ciekawe, kiedy dochodzimy już do sedna sprawy widzimy, że można było tego wszystkiego uniknąć, choć nie naprawić. Ludzie bywają żądni władzy, pieniędzy sukcesu i potrafią w imię tego wiele poświęcić, często innych ludzi.
Ta książka to też studium lęku, zdrady i wyparcia. Wiedzy i niewiedzy. Tego czegoś co pozostaje w umyśle dziecka po traumie i niechętnie się z tego umysłu wydostaje.
Ta prawie siemiusetstronicowa książka w pierwszym momencie trochę mnie przestraszyła, ale co ciekawe zauważyłam, że czyta się ją bardzo lekko i bardzo szybko, a może nie tyle lekko i szybko ile z zaangażowaniem, bo wszystko tu jest ważne, opowieść wciąga bo mamy do czynienia z żywymi ludźmi, z bohaterami, którzy są niejednoznaczni i bardzo prawdopodobni.

Konstrukcja powieści to prawdziwa misterna pułapka na czytelnika, bowiem autorka bez pardonu komplikuje relacje między bohaterami, przytacza to co stało się przed czterdziestu laty z wielu niejednoznacznych punktów widzenia, zaskakuje, przeraża, odsłania zasady i metody działania ludzi, dla których konieczność uniknięcia konsekwencji jest sprawą najwyższą. Dla których liczą się tylko oni sami, ich komfort, status i majątek.

 

Sama powieść to nie jest jedynie kryminał. Gdyby nawet pozbawić ją wątku kryminalnego nadal byłaby prawdziwa, prawdopodobna i potworna. Tak, nawet bez morderstw także emanowałaby tą małomiasteczkową zmową milczenia, która oplątuje ludzi żelazną siecią zależności, układów i korzyści i kryje pod pozorami uprzejmej, eleganckiej codzienności tajemnice i ciemne strony charakterów powiązanych ze sobą mieszkańców. 

To wulkan czarnej lawy nienawiści, który wybucha tylko czasami, ale kiedy wybuchnie zmiata wszystko i zabija.


Świetna książka. Warto po nią sięgnąć bo to doskonały kryminał i efektowne studium psychologiczne dotyczące naszej codzienności, tak pozornie spokojnej i ciepłej, a tak niejednokrotnie zdradliwej.



wtorek, 22 sierpnia 2017

Trzy córki Chin

 
JUNG CHANG

„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin

Wydawnictwo ZNAK


„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin” to książka, która łączy w sobie i powieść i coś w rodzaju dokumentu, bo przytoczona w niej historia rodzinna jest jak najbardziej autentyczna. To opowieść o losach kobiet z jednej rodziny, losach związanych z Chinami ich tradycją kulturą i historią, a historia tego państwa jest bardzo skomplikowana i niejednoznaczna. Nie chodzi tu jedynie o Mao, ale też i o okupację japońską czy Kuomintang.
Inną zupełnie sprawą jest też tradycja, że wspomnę o krępowaniu nóg małym dziewczynkom, ale też sama pozycja dziecka – dziewczynki, a zaraz potem kobiety, żony, matki, konkubiny, czy siostry.

Przez lata wiele się zmieniło i zmienia nadal, ale wciąż w kulturze pozostają echa wieków. Autorka opowiada historię swojej rodziny, a właściwie trzech pokoleń, babki, matki i córki na tle wydarzeń w Chinach w XX wieku. To stulecie było dla Chin bardzo burzliwe pod każdym względem. To nie tylko wojny i rewolucja, choćby ta kulturalna, ale to cały ciąg przemian społecznych i politycznych, które odcisnęły piętno na wszystkim co chińskie, od poezji po ludzkie losy.

 

W tak ogromnym państwie, w którym jednostka nie ma żadnego znaczenia przetrwanie pojedynczego człowieka zależne jest od siły i woli walki. Przetrwanie rodziny od determinacji kobiet.
Ciekawe jest to, że na przykładzie losów tych trzech kobiet jesteśmy w stanie zobaczyć coś czasami niezauważalnego. Świat w trakcie trwania i świat w trakcie zmiany. Babka żyje jeszcze w Chinach cesarskich, matka maoistowskich, córka ( autorka książki) trochę w komunistycznych trochę we współczesnych, choć emigruje, to jednak zabiera te Chiny ze sobą.
Wszystkie one przechodzą przez maoistowską rewolucje i „wielki skok naprzód”, który miał przekształcić Chiny w mocarstwo gospodarcze, a doprowadził do śmierci głodowej co najmniej 10 milionów ludzi.

Cały ten komunistyczny „zgiełk”. Pranie mózgów i posłuszeństwo boskiemu Mao to nie był wybór, to był i przymus, ale i wola wyznawców wielkiego wodza.
Jak to w takich momentach historii bywa, partia stanowiła jedyny wyznacznik życia, była władzą absolutną, która hołubiła, ale i niszczyła, dawała, ale i odbierała.

Miliony ludzi wierzyły w Mao i w jego rewolucję, ten kto nie wierzył musiał te niewiarę zachować dla siebie inaczej czekał go smutny i straszny koniec.
Represje i wyroki śmierci, zabójstwa polityczne, tortury, LAOGAI czyli obozy pracy, wszystko to to historia państwa, ale też poszczególnych rodzin, a okrucieństwo czynów tym bardziej nas dotyczy im jest bliżej nas, im bardziej nas dotyka.

Ludzie, którzy mają twarze bolą nas bardziej niż statystyki bezimiennych tłumów, nawet tych liczonych w milionach.

Bardzo ciekawa książka. Przybliża nam świat, którego nie znamy, bo przecież wiedza o Chinach nie jest u nas wiedzą specjalnie powszechną, owszem coś tam się wie, ale to „coś tam” to często zaledwie marne stereotypy.

Książka fascynująca, ciekawie napisana, prawdziwa do bólu i nad wyraz obiektywna mimo tematu. Tytuły niektórych rozdziałów szokują, a ludzie, którzy gdzieś tam mieli okazje żyć w państwie takim jak PRL, czy w innym podobnym z pewnością doskonale zrozumieją aluzje i te właśnie tytuły jak choćby „Kiedy się chce potępić, dowody się znajdą” albo „Wąchanie pierdnięć obcokrajowców wśród zapewnień, że słodko pachną” - nauka angielskiego według Mao. To fascynująca opowieść o tym w jaki sposób jeden człowiek, Mao Zedong na oczach świata zniszczył życie jednej czwartej mieszkańców ziemi tylko dlatego, że miał taki kaprys.

Ciekawa, mądra fascynująca i pouczająca, przekazuje wiedzę nie przynudzając, ukazuje to co dla nas Europejczyków niepojęte i niezrozumiałe tak, aby stało się to dla nas fascynującą lekcją na temat Chin, na temat świata i natury ludzkiej! 

MNIE ZACHWYCIŁA, teraz wasza kolej!

niedziela, 13 sierpnia 2017

Armaty w kwiatach.

 Carla Mori

KOSTUSZKA

VIDEOGRAF





„(…) rzekomo sam Mikołaj I uznał i docenił muzykę Fryderyka Chopina tak bardzo, że uważał ją za niebezpieczną, mówił, że  utwory polskiego kompozytora są jak "armaty ukryte wśród kwiatów’’. Ta metafora cara dotyczyła konkretnie "Etiudy c-moll op. 10 nr 12", znanej jako "Etiuda rewolucyjna".( http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/armaty-wsrod-kwiatow/lkelm)

Dlaczego tu akurat przytaczam te słowa, bo pasują idealnie do książki Carli Mori „Kostuszka”. Dlaczego? Bo to thriller, genialna powieść psychologiczna ukryta w okładce horroru, albo jak kto woli powieści grozy.

 

I wcale nie jest to „przebranie” ta powieść to prawdziwa powieść grozy, takiej, że włos się jeży na na rekach i nogach, wcale nie tylko na głowie. Ta książka to kwintesencja opowieści o ludzkim okrucieństwie i bezmyślności, o tym jak bardzo jesteśmy bezbronni wobec bliskich, o tym co musimy znosić, jeżeli...

Nie, nie tylko jeżeli, ale zawsze kiedy nasi bliscy nie umieją patrzeć na nas jak na ludzi, a patrzą na nas jak na dzieci, zepsute zabawki, które trzeba wychować, ukształtować, czasami nawet zniszczyć, bo tak ma być i już. To ciąg ogromnej tragedii, która przekazana z pokolenia na pokolenia przechodzi z matki na córkę niszcząc i zabijając, może nie tak jak w powieści - fizycznie, ale choćby psychicznie.

Gdyby z tej książki odjąć jakiś niewielki procent niesamowitości, odjąć określenie „horror” zobaczylibyśmy genialną powieść psychologiczną, trudną, mocną, straszną i niestety na wskroś prawdziwą, na wskroś opisującą „tu i teraz”.

Kiedy się ją czyta człowiek czuje obezwładniające przerażenie... Trochę tu widać delikatny ukłon w kierunku matki z opowieści Carrie Kinga, ale delikatny i bardzo inteligentny.

Zacznijmy jednak od początku. Jest dziewczyna, która się zakochuje i za mężem wyjeżdża do Anglii. Nie tak miało być. Miało być inaczej, w końcu po co się rodzi dzieci? Przecież nie po to, żeby były samodzielne i szczęśliwe, maja służyć matce. Maja być jej opoką i własnością! I maja zamknąć gęby!
To chyba jest początek, ale z początkami jest tak, że nie zawsze są na początku, więc może to ten moment, kiedy własna matka wyrzuca tę dziewczynę z domu? Może jednak nie... ale tego dowiemy się z pamiętnika.

A może to wszystko rzeczywiście zaczyna się jeszcze wcześniej?

Może krzywda jest czymś w rodzaju posagu?


To właśnie w tej opowieści jest genialne. Nie mamy żadnej pewności. Żadnej wiedzy. Nie wiemy kto i co, ale wydaje nam się, że wiemy dlaczego. Choć też nie do końca. 

Mała Konstancja w wyniku tragicznych wydarzeń zostaje odesłana do innego kraju ( co prawda jest to kraj jej rodziców, ale ona go nie zna), do Polski, do babci ( oby inne babcie wybaczyły mi nazwanie tej osoby tak miłym określeniem) i zostaje tam „otoczona” babciną i ciociną opieką. Ta opieka to nie jest tragedia, to horror, właśnie tak, ale to nie wszystko, coś zaczyna się dziać i to coś jest fascynująco pocieszające (!!!), to odpowiedź na wszystkie złe rzeczy tego świata, to prawdziwe wyzwolenie.

To co się dzieje nie jest dobre. Nikt tego tak by nie nazwał, to koszmar, ale jest w tym jakiś pierwiastek zadośćuczynienia. Odpłaty, może nawet krwawej zemsty, a to w tym przypadku pociesza.
Pięknie napisana, z ogromem świetnych aluzji językowych, znaczeniowych, nieco bajarskich, choć nie bajkowych. Lekko oniryczna, znaczeniowo umieszczona w słowiańskości, a może i pod nią, głębiej.

Zdarza się, że książkę niektórzy czytelnicy odbierają za antykatolicką, ale ja nie znalazłam tam nic przeciwko katolicyzmowi, kościołowi czy Bogu natomiast znalazłam wiele przeciw kołtuństwu, a wierzę, że jednak to nie to samo.

 

Dla mnie to właśnie takie „armaty w kwiatach” - świetna książka psychologiczna, thriller, mocna opowieść o zranieniu, o obyczajowości i władzy matki nad dzieckiem, o potrzasku jakim bywa dzieciństwo i o tym jak bycie matką może się równać byciu katem.
Ważna książka. Nie lubicie horrorów, przeczytajcie jako powieść psychologiczną, lubicie horrory,
ubicie horrory, przeczytajcie jako horror, powieść w której groza sączy się ze słów tak, że mrozi krew w sercu, nie tylko w żyłach - w każdym razie PRZECZYTAJCE!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Uwaga nadchodzi KONIEC ŚWIATA

JUSTYNA POSŁUSZNA

JUTRO BĘDZIE KONIEC ŚWIATA


Wydawnictwo: Media Rodzina


„Jutro będzie koniec świata” to książka, która już w pierwszym momencie narzuca pewne nieodzowne moim zdanie skojarzenia literackie. Każdy oczywiście może mieć inne, ale ja natychmiast pomyślałam o książce „Małe eksperymenty ze szczęściem” Hendrika Groena i o prozie Stefana Themmersona, choć to dość dziwaczny pomysł, zaraz jednak wyjaśnię dlaczego. Groen z powodu głównego bohatera, a właściwie jednego z głównych bohaterów, starszego pana, który opowiada i oswaja swój świat tak jak i bohater, a zarazem autor „Małych eksperymentów ze szczęściem” Themmerson z powodu pewnej groteskowości, przerysowania, odrealnienia niektórych zdarzeń i motywów.

Autorka jako pretekstu użyła zderzenia dwóch światów. Jeden jest stary, drugi młody, jeden zamożny, drugi może nie biedny, ale jednak także nie specjalnie „zasobny”, jeden zasiedziały, tutejszy, żeby nie powiedzieć tubylczy, drugi imigracyjny.


Czy te dwa światy może coś łączyć poza ewentualną zależnością?
Henry ma osiemdziesiąt cztery lata, mieszka spokojnie w luksusowej dzielnicy Londynu Hampstead i ma poważną fobię społeczną oraz doskonale poukładany świat, który się rozpada na kawałki z bardzo błahego powodu. Jego długoletnia opiekunka zostawia go, żeby wyjechać do Australii. Nie jest albo choć nie powinien to być koniec świata, ale świat potrafi się kończyć na wiele sposobów, i nie, nie jest to ten tytułowy koniec świata, to taki codzienny, pomniejszy koniec, zdrada, która przewraca wszystko do góry nogami.
Paweł polski imigrant pracuje trochę gdzie popadnie choć jest po anglistyce. 

Każdy z nich ma swoje życie i swoje problemy. Każdy z nich ma też swoją historię. Nie chcą się zaprzyjaźniać ani integrować, każdy z nich jest osobny i tę osobność w sobie pielęgnuje.
Nie zmienia tego nawet przypadek, który krzyżuje ich losy.

Henry czeka na koniec świata. Taki wielki i wielowymiarowy. Czuje, iż ten się zbliża... Wyliczył go przez lata studiowania map pogodowych.
Zbliża się też śmierć i koszmar domu opieki, którego Henry nie chce brać nawet pod uwagę.
Paweł swój koniec świata przeżył dawno temu.

Tych dwóch mężczyzn coś jednak łączy. Ich koszmary i fobie. Lęki, o których nie chcą mówić, a z którymi powinni się jakoś uporać, Paweł żeby żyć dalej, Henry, żeby wyjść z domu i poczekać na katastrofę w jedynym miejscu, które jeszcze kocha. Na wyspie Wight.
Dokoła kłebi się życie, to angielskie i to imigranckie, kłębi się swoista „polaczkowatość”, bo autorka mocno i bez znieczulenia odmalowała specyfikę tego środowiska, ale nie oszczędziła też i „tubylców” ich zadufania w sobie graniczącego z chamstwem, przekonania o swojej wyższości i traktowania wszystkich imigrantów jak ludzie niepełnosprawnych intelektualnie. Te światy nie przenikają się i nie będą przenikać, współistnieją bo taka jest ich rola, jedni dają pracę inni pracują, ale na tym to się kończy.
Henry też nie polubi Pawła, Paweł nie zaprzyjaźni się z Henrym, ale...

W pewnym sensie będą dla siebie jedynym wyjściem, opoką i odnalezionym sensem. Jeden pomoże drugiemu choć nie tak jakby można się tego spodziewać.


„Jutro będzie koniec świata” to bardzo wielowymiarowa powieść, której w żadnym razie nie należy traktować zbyt lekko. To studium odrzucenia, samotności, czy wręcz osamotnienia w tłumie. Wyborów życiowych, dobrych czy złych, ale jednak znaczących.
To bardzo dobra, wymagająca powieść z gatunku tych, które zostają w pamięci na dłużej. Inteligentnie przerysowana, celowo pogmatwana, pozbawiona ckliwości, romantycznych uniesień i łatwych rozwiązań. Nie ma tu miejsca na idealizm, jest tylko życie i prognozy pogody, które mówią, że jutro nadejdzie koniec świata i że trzeba się nań przygotować.
Tyle, że każdy ma własny koniec świata i własną drogę do przejścia.
Serdecznie polecam, bo książka warta przeczytania.

niedziela, 23 lipca 2017

Gdy ważne jest to co nieważne.

 
 MARTA REICH

"Sztuki i Sztuczki


 wydawnictwwo 
OFICYNKA


„Sztuki i Sztuczki” to tytuł, który jak rzadko kiedy doskonale wpisuje się w klimat powieści w sposób dosłowny i aluzyjny zarazem bo odnosi się do sztuki jako takiej, ale i do tej przez duże „s”. Ja nazwałabym tę powieść warstwową, bo co ciekawe powieść składa się jakby z trzech warstw, które choć doskonale do siebie pasują i świetnie się uzupełniają wyróżniają się pewną odrębnością.
Opis środowiska warszawskich artystów, a właściwie aktorów teatralnych i nie tylko, opis ich układów, utarczek, zależności i jest właśnie czymś takim, bo nawet bez wątku kryminalnego byłby mocno ciekawy, wręcz fascynujący.

Wszystko jest tak poukładane i opisane, że czytelnikowi wydaje się, iż widzi tu prawdziwych aktorów, tych których zna chociażby z telewizji czy reklam, autorka zresztą nie stawia ich na żadnym piedestale, pokazuje ich w różnych odsłonach nie do końca pozytywnych, nie do końca negatywnych, uwikłanych, złośliwych, okrutnych, ale czasami dobrych i mądrych. Pokazuje pewną „pudelkowatość” ich życia w świetle reflektorów, które z jednej strony jest piękne i wystawne, z drugiej trudne i często niebezpieczne. 

Czytając niektóre sceny, przyglądając się postaciom miałam czasami wrażenie, że autorka „zaszyfrowała” w niektórych z nich prawdziwych, istniejących w rzeczywistości aktorów. Nie nie jest to powieść z kluczem, ale czytając nie jesteśmy w stanie uniknąć pewnych oczywistych pytań i nieoczywistych odpowiedzi.

 

Tło powieści też jest specyficzne i ciekawie opisane, bo jest to Warszawa z kultowymi miejscami, znanymi ulicami, ważnymi odniesieniami i aluzjami do wydarzeń, które gdzieś tam w tle miały miejsce.
To wielki świat, może nie aż taki wielki jak się z daleka wydaje? Trochę w nim władzy, nie zawsze uczciwej i uczciwie zdobytej, trochę polityki tej nieco karykaturalnej, prawomyślnej - na użytek tłumów i zupełnie odmiennej w domowym zaciszu i trochę kultury, też nie do końca krystalicznie nieskazitelnej, ale przecież nie to jest najważniejsze, najważniejsza jest Pola Białohorska, która przez przypadek została wplątana w zabójstwo bardzo znanej i bardzo w środowisku nie lubianej aktorki. Zresztą trup ściele się gęsto, ale za to bardzo logicznie, niczego tak bardzo nie lubię jak nielogicznych nieboszczyków.

Autorka nie tylko morduje ale też i świetnie łączy rożne środowiska i wątki. Świetnie ukazuje także sprawy sercowe swojej głównej bohaterki i jej rozterki w nimi związane, a trzeba przyznać, że te rozterki są spore i uzasadnione, a przynajmniej tak się wydaje.

 

Ta książka to dobre 800 stron świetnej rozrywki i choć początkowo wydawało mi się to nieco przesadzone to szybko zorientowałam się, że to jednak ma sens. Ma sens bo taki jest właśnie sposób pisanie autorki, nie obawiajcie się, nie rozwlekły, raczej dogłębnie analityczny.
Po prostu czytając dokładnie widzimy co się dzieje, co myśli Pola, dlaczego postanawia zrobić to czy tamto, jak i dlaczego zamierza postąpić.
To ciekawy sposób pisania. Daje czytelnikowi dużo przyjemności i nie zostawia w konsekwencji niedomówień, które mogłyby zaszkodzić tekstowi.
Sama sprawa śledztwa poprowadzona jest naprawdę dobrze i przyznam, że nie udało mi się wytypować zabójcy, a zabiegi mylące jakie zastosowała autorka naprawdę znakomite. Aluzje i oczywiste odniesienia do Szekspira naprawdę celne. Bohaterowie ciekawi, żywi, barwni, czasami złośliwie nieco przerysowani.
To bardzo dobry, pełnokrwisty, wcale nie wydumany kryminał pełen aluzji, drobnych przytyków do rzeczywistości i odrobiny złośliwości w stosunku do nas samych jak i do różnych, niejednokrotnie prominentnych środowisk.